Wydanie własnej książki to marzenie, które wielu ludzi chciałoby spełnić. Jednakże proces ten bywa skomplikowany, czasochłonny i wymaga nerwów ze stali. Chociaż w dobie sztucznej inteligencji niemal każdy może wygenerować „dzieło” w pięć minut. Jednak prawdziwy proces twórczy wciąż wymaga rzemiosła i potu. Świat wrze dziś od dyskusji o prawach autorskich w kulturze i sztuce, dlatego tym bardziej warto postawić na autentyczność. Czy gra jest warta świeczki? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
Pomysł na książkę
Pierwszym krokiem jest znalezienie genialnego pomysłu. Musisz mieć jasną wizję tego, o czym chcesz napisać. Niezależnie od tego, czy jest to porywająca autobiografia, poradnik o hodowli mrówek, krwawy kryminał, czy poezja egzystencjalna. Kluczem do sukcesu jest wybór tematu, który autentycznie Cię pasjonuje i nie pozwoli Ci zasnąć o trzeciej nad ranem. Jeśli temat nie jara Ciebie, marne szanse, że rozpali serca Twoich przyszłych czytelników.
Wizje romantycznego siedzenia w kawiarni i czekania na „pocałunek muzy” warto jednak włożyć między bajki. W rzeczywistości najlepsze pomysły rodzą się w bólach, często podczas zmywania naczyń lub stania w korku. Pamiętaj też o pułapce współczesności: poproszenie AI o „pomysł na bestseller” skończy się prawdopodobnie historią tak powtarzalną, że Twój własny kot usnąłby przy pierwszym rozdziale. Pomysł musi mieć w sobie Twój unikalny pierwiastek i odrobinę szaleństwa.
Planowanie i pisanie książki
Kiedy już wiesz, o czym chcesz napisać, nadchodzi moment prawdy. Czas usiąść na krześle i zacząć stukać w klawiaturę… Chociaż polecam zacząć pisać odręcznie. Daje to ciekawe efekty. Jednakże, to najbardziej czasochłonny proces, wymagający tytanicznej dyscypliny i cierpliwości. Najlepszym przyjacielem pisarza (zaraz po litrach czarnej kawy) jest sztywny harmonogram. Wyznaczenie konkretnych dni i godzin na pracę pozwala oszukać wewnętrznego lenia. On codziennie będzie Ci szeptał, że „akurat dzisiaj musisz umyć okna albo posegregować skarpetki”.
Zanim jednak napiszesz słowo „Rozdział 1”, stwórz plan wydarzeń. Pisanie bez mapy drogowej to jak wchodzenie do ciemnego lasu z zawiązanymi oczami. Istnieje spore ryzyko, że Twój główny bohater przypadkowo zniknie w połowie fabuły. Albo… intryga kryminalna rozwiąże się sama z powodu błędu w logice. Dobry konspekt uratuje Cię przed kryzysem twórczym i sprawi, że Twoje myśli nie rozbiegną się w chaotycznym kierunku.
Redakcja i korekta
Napisanie pierwszej wersji (tzw. draftu) to dopiero połowa sukcesu. Gratulacje, masz surowy blok marmuru, z którego teraz trzeba wyciosać rzeźbę. Redakcja i korekta to momenty, w których brutalnie zderzasz się z rzeczywistością. To właśnie wtedy poprawia się błędy logiczne, stylistyczne, gramatyczne i interpunkcyjne. Przygotuj się na bolesny proces „zabijania swoich ukochanych”. Czyli wycinania całych stron tekstu, które choć brzmią dumnie, absolutnie nic nie wnoszą do fabuły.
Ważna zasada każdego autora: Nigdy nie polegaj wyłącznie na autokorekcie w Wordzie ani na opinii swojej mamy (ona i tak powie, że jesteś geniuszem). Zlecenie tego zadania profesjonalnemu redaktorowi to najlepsza inwestycja, jaką możesz poczynić. Dobry redaktor jest jak chirurg. Bezlitośnie, ale z miłością wyłapie każdą fabularną dziurę i potknięcie językowe, ratując Cię przed publicznym blamażem.
Wydawanie książki
Gdy tekst jest już czysty i lśni jak miliony monet, stajesz przed ostatecznym wyborem drogi wydawniczej. Na rynku królują obecnie dwa główne modele, a każdy z nich ma swoje blaski i cienie.
Wydawnictwo tradycyjne: Wydawnictwo tradycyjne to ten mityczny raj, o którym myśli większość debiutantów. Wizja jest piękna: wysyłasz plik tekstowy, wielki wydawca roni łzę zachwytu. Podpisujecie umowę na astronomiczną kwotę, a potem sztab ludzi robi wszystko za Ciebie. Ty w tym czasie pijesz prosecco i podpisujesz egzemplarze.
Rzeczywistość? Wysyłasz tzw. propozycję wydawniczą (konspekt, streszczenie i pierwsze rozdziały) na adresy typu redakcja@… i wpadasz w czarną dziurę. Standardowy czas oczekiwania na odpowiedź to od trzech do sześciu miesięcy, przy czym „brak odpowiedzi w terminie oznacza rezygnację lub jeszcze nie dotarli do twojej wiadomości”. Musisz wyhodować w sobie grubą skórę i cierpliwość tybetańskiego mnicha, bo ignorowanie i seryjne odmowy to chleb powszedni nawet dla późniejszych autorów bestsellerów. Warto się też ponownie wysłać swoje „zgłoszenie” po dłuższym czasie.
Self-publishing (samopublikacja): Stajesz się jednoosobową korporacją mediową. Ty decydujesz o projekcie okładki, składzie tekstu, cenie i dystrybucji. Zysk jest znacznie większy, ale i ryzyko finansowe leży w całości po Twojej stronie. Jeśli coś pójdzie nie tak, nie masz na kogo zrzucić winy. 😉
Tutaj nikt Ci niczego nie dyktuje. Chcesz wydać książkę o podróżach w czasie napisaną trzynastozgłoskowcem? Proszę bardzo. Problem pojawia się w momencie, gdy uświadomisz sobie, że słowo „self” oznacza, że za wszystko płacisz z własnej kieszeni.
Kolejnym levelem wtajemniczenia jest logistyka. Musisz wybrać drukarnię, negocjować ceny. Poznać różnicę między papierem wolumenowym a offsetowym oraz dowiedzieć się, dlaczego oprawa szyto-klejona jest lepsza od zwykłej klejonej. Kiedy paleta z tysiącem egzemplarzy Twojej książki podjedzie pod Twój dom, nagle zdasz sobie sprawę, że Twój salon właśnie stał się magazynem… dużo by pisać w jednym artykule 😉
Ah… jeszcze vanity
Warto też wspomnieć o rynkowym potworku, jakim są wydawnictwa subsydiowane, zwane potocznie vanity publishing. Działają one na zasadzie: „Twoja książka jest genialna, chętnie ją wydamy, tylko musisz nam dopłacić 10 tysięcy złotych na pokrycie kosztów”. To pułapka na autorskie ego. Takie firmy żyją z pieniędzy wyciągniętych od pisarzy, a nie ze sprzedaży książek czytelnikom. Po przelaniu im gotówki najczęściej robią najtańszą korektę automatyczną, drukują kilka sztuk, wrzucają link do swojego martwego sklepu internetowego i zostawiają Cię z ręką w nocniku. Pamiętaj: w prawdziwym wydawnictwie to wydawca płaci Tobie, a w czystym self-publishingu to Ty kontrolujesz każdą fakturę. Wszystko pomiędzy to stąpanie po bardzo grząskim gruncie. (tak trochę demonizując)
Wszystkie rozwiązania wymagają gruboskórności. W tradycyjnym modelu musisz polubić smak odrzucenia (nawet Stephen King na początku zbierał odmowy), z kolei w samopublikacji musisz nagle stać się ekspertem od logistyki, podatków i formatowania plików PDF, co potrafi skutecznie zabić romantyczną duszę artysty.
Promocja książki
Książka wydrukowana? Świetnie, ale to nie moment na otwieranie szampana i leżenie na laurach. Teraz zaczyna się prawdziwy cyrk, czyli marketing. Bez promocji Twoje arcydzieło utonie w morzu tysięcy innych premier, które codziennie trafiają na rynek. Musisz wyjść z jaskini pisarza i zacząć głośno mówić o swoim dziele. Stworzenie estetycznej strony internetowej czy profilu autora to absolutne minimum, od którego należy zacząć.
Współczesna promocja wymaga kreatywności i sporego dystansu do siebie. Czekają Cię boje w social mediach, podsyłanie egzemplarzy recenzenckich do bookfluencerów (którzy potrafią być boleśnie szczarzy) oraz organizowanie spotkań autorskich, na które w najgorszym scenariuszu przyjdzie tylko Twoja ciocia i pan portier. Jeśli nie chcesz, żeby jedynym odbiorcą Twojej twórczości były mole książkowe w piwnicy magazynu, musisz polubić się z marketingiem.
Czy wydanie własnej książki jest łatwe?
Krótka odpowiedź brzmi: absolutnie nie. To proces pełen emocjonalnego rollercoastera. Od euforycznego zachwytu nad własnym geniuszem, po głęboką rozpacz i chęć wyrzucenia laptopa przez okno. Wydanie książki wymaga czasu, nakładów finansowych, setek nieprzespanych nocy i rezygnacji z życia towarzyskiego.
Mimo tego całego potu, łez i chwil zwątpienia ostatecznie warto iść za swoim marzeniem. To piękna, transformująca podróż pełna wzlotów i upadków, podczas której poznajesz samego siebie. Kiedy w końcu kurier puka do Twoich drzwi i wręcza Ci pachnący farbą drukarską egzemplarz z Twoim nazwiskiem na okładce, cały ból znika w ułamku sekundy. Nie ma nic piękniejszego niż spełnianie własnych marzeń, czyż nie?